Równolegle z pracami w Australii i RPA, trwają obserwacje spektroskopowe wybranych zaćmieniówek. Dzięki Krzyśkowi (doktorowi Krzysztofowi Grzegorzowi Hełminiakowi) i jego chilijskim możliwościom, uzyskaliśmy czas na większych teleskopach i mamy dostęp do wielu spektrografów wysokiej rozdzielczości zlokalizowanych nie tylko na południowej półkuli. Jednym z nich jest HDS (High Dispersion Spectrograph) na 8-m japońskim teleskopie SUBARU, usytuowanym na szczycie wygasłego wulkanu Mauna Kea na Wielkiej Wyspie hawajskiego archipelagu. Obserwacje na Hawajach – brzmi niezwykle egzotycznie. O egzotykę na środku Pacyfiku nie trudno, a i przygód było co niemiara!
Zważywszy na dwumiesięczny pobyt Piotra i Staszka w RPA oraz planowany z dużym wyprzedzeniem Krzyśkowy przylot do Polski, poskromienie japońskiego teleskopu przypadło w udziale Milenie i Maciejowi. Długą i męczącą podróż zrekompensowały niespodzianki czyhające za każdym niemal rogiem uroczej mieściny Kailua-Kona, w której wylądowaliśmy. Sam lot już zapowiadał, że Hawaje to niezwykle interesujące miejsce, choć to, co widzieliśmy przerosło moje (dla Macieja Hawaje to nie nowość) oczekiwania. Załoga samolotu z kapitanem na czele zorganizowała konkurs na obliczenie dokładnej godziny pokonania połowy trasy Los Angeles – Kona. Nagrodą był album grupy polinezyjskich muzyków (choć podobno kilka lat wcześniej na zwycięzcę czekał schłodzony szampan), więc kilkudziesięciu pasażerów stanęło w szranki z matematyką. Mając całkiem przyzwoite przygotowanie, obliczyliśmy z sekundową dokładnością wymagany czas, jednak (według kapitana) pomyliliśmy się o nieco ponad sto sekund. Do teraz zachodzimy w głowę gdzie popełniliśmy błąd (maturę z matematyki zdaliśmy wyróżniająco), więc jedynym wytłumaczeniem jest stwierdzenie, ze zarówno prędkość samolotu, jak i wiatru uległa zmianie, a wygrani to po prostu farciarze. No, ale nie o tym być miało…


Na miejscu, w Konie, powitały nas spadające z drzew kwiaty żółtej plumerii i szum fal oceanu, który podobno jest całkiem spokojny. Nie mogliśmy wyjść z podziwu wszędobylskich ptaków, które przysiadały do naszego stolika pałaszując resztki jedzenia (jeden nawet niemal zakrztusił się jajecznicą!) i smaku sałatek z jadalnymi różowymi storczykami (pycha!). Kobaltowy błękit oceanu od razu zdradzał, że nie jesteśmy nad rodzimym Bałtykiem (spadające kokosy też miały w tym swój udział), a widoczne z niemal każdego zakątka wyspy obserwatorium nadawało naukowego smaczku naszej wyprawie. No i te wulkany! Cały hawajski archipelag (8 większych wysp i kilka pomniejszych) jest pochodzenia wulkanicznego. Z Big Island, zwanej też Hawaii, na której się znajdowaliśmy wyrastają 2 potężne wulkany – Mauna Kea, na szczycie którego znajduje się obserwatorium astronomiczne i jeden z najbardziej aktywnych wulkanów świata - Mauna Loa. Ostatnia erupcja drugiego z wulkanów nastąpiła w 1984 roku, a statystyka wskazuje, że lada dzień będzie miała miejsce kolejna. Zastygła lawa i spustoszenie, jakie ze sobą niosła tworzą dziś księżycowy krajobraz ubogi w bujną roślinność, która jest nader częsta w innych regionach wyspy. Wyspy, która ma niezwykłe właściwości przyrodnicze. Na jej terenie można bowiem wyróżnić aż dwanaście stref klimatycznych – od lasów deszczowych, po wypalone słońcem pustynie. Nieco mniejszym, choć równie interesującym wulkanem jest Kilauea – wykazujący nieprzerwaną aktywność od ponad dwudziestu lat stożek na południu wyspy. Jakież było nasz zdziwienie, gdy z oddali naszym oczom ukazały się kłęby dymu unoszące się nad szczytem tegoż wulkanu. Co więcej, mieliśmy także okazję przejść tunelem wydrążonym w skale przez płynącą lawę. Potęga!


Przesiąknięci unoszącym się w powietrzu duchem aloha i pozytywną energią emanującą od lokalnych surferów prowadzących na co dzień dysputy o charakterze i pochodzeniu zarówno największych fal, jak i ludzkiej natury, a także uzbrojeni w zapasy pysznej kawy kona, gotowi byliśmy do obserwacji.
Nadszedł więc czas wyczekiwanej wizyty w obserwatorium. Wczesnym rankiem udaliśmy się do Hilo, gdzie umiejscowiona jest główna hawajska siedziba SUBARU. W tym najliczniejszym mieście Big Island zlokalizowany jest również uniwersytet i planetarium o całkiem ciekawym stożkowym kształcie. Po krótkim przeszkoleniu przez lokalną administrację (uważać na łóżkowe robaki i nie jeść fasolki przed obserwacjami) wyruszyliśmy do Hale-Pohaku, mini-miasteczka astronomicznego położonego na wysokości 2800 m, które na kilka kolejnych nocy stało się naszym domem. Astronomiczne bazy mają to do siebie, że pełne są astronomów i lokalnego jedzenia. Mając nielimitowany dostęp do rzeszy naukowców, lodów czekoladowych i coli czuliśmy się całkiem dobrze (gdyby tylko nie to suche powietrze…). Nasz pobyt w H-P zgrał się w czasie ze spotkaniem astronomów i inżynierów odpowiedzialnych za budowę TMT (Thirty Meter Telescope), którego budowa rozpocznie się w przyszłym roku właśnie w obserwatorium na Mauna Kea. Ten amerykański projekt, realizowany równolegle z budową europejskiego E-ELT (40-m) rozpocznie nową erę obserwacyjną – czas ekstremalnie dużych teleskopów. Lecz nim to się stanie, my mamy nadzieję na niejedne obserwacje na Hawajach. Bo te pierwsze jeszcze się nie zaczęły…
Spotkaliśmy się zatem z naszym przewodnikiem - wprowadzającym astronomem Akito Tajitsu, który towarzyszył nam w trakcie obserwacji. Pogoda na noc przed rozpoczęciem naszych badań zapowiadała się imponująco – seeing wynosil 0.5’’, co bardzo cieszyło naszego japońskiego astro-przywódcę. Nastał długo wyczekiwany czas naszych obserwacji i wyprawa na 4200 m do sterowni 8-metrowego SUBARU. Kręta jazda na górę przyprawiała o zawrót głowy, lecz poczucie przebywania ponad oceanem chmur uwrażliwiło wszystkie nasze zmysły; przynajmniej na jakiś czas. Możliwość ujrzenia z bliska największych teleskopów świata – Teleskopów Kecka oraz tych, o których tak wiele dobrego się słyszało – SUBARU, Gemini, czy JCMT nie zdarza się codziennie. Był to niewątpliwie moment niezapomniany! Zachód słońca obserwowany ze szczytu wulkanu – to jest coś! No i to wrażenie - pode mną chmury, nade mną niebo – czyste duchowe szaleństwo!

Sterownia SUBARU to całkiem spory i bogato wyposażony budynek. Obsługa 8-metrowego teleskopu to zadanie nietrywialne. Każdej nocy poza astronomami wykonującymi obserwacje, w obsługę zaangażowane są dwie osoby – lokalny astronom i operator. Byliśmy bardzo miło zaskoczeni sprawnością działania japońskiego teleskopu, ale i zespołu czuwającego nad pozytywnym przebiegiem naszych obserwacji - Akiro i Josha, którzy z zapałem wprowadzili nas w tajniki pracy ze spektrografem HDS. Nic, tylko zaczynać obserwacje! Pogoda, mimo, iż nie tak rewelacyjna jak poprzedniej nocy, dopisała! Pomimo bardzo dobrych warunków obserwacyjnych, pogodne noce zdarzają się tu z 80-cio procentowym prawdopodobieństwem. Trafiliśmy na jedną z nich J Teleskop śmigał, aż miło. Niemal żadnych strat czasu, prowadzenie idealne. 13 h pracy i sukces gwarantowany. Udało nam się zrobić widma dla wszystkich planowanych obiektów! A na koniec – pokaz pracy teleskopu. 8-m lustro robi wrażenie! Kaski z głów…

Zebrane dane są wysokiej jakości i przysłużą się nauce. Spektrograf HDS i 8-metrowy teleskop wykonany z japońską precyzją to sprzęt, o którego czas warto aplikować. Mam nadzieję, że jeszcze niejedna Solarisowa zaćmieniówka zostanie nim ustrzelona!
Nasz pobyt na Hawajach zakończył się jazzowym koncertem w przypadkowo odkrytej nadmorskiej knajpce poprzedzonym pokazem tańca hula w wykonaniu lokalnych piękności. Przelot nad Mauna Kea, na szczycie którego lśniły w blasku słońca kopuły najpotężniejszych teleskopów świata, w tym SUBARU - naszego SUBARU - napawał dumą (profesji się nie powstydzimy). Czekał nas lot na drugi koniec świata. Jeden z najdłuższych możliwych lotów. Lot przepełniony wspomnieniami o amerykańskim stanie Aloha, raju nie tylko dla turystów, ale także dla astronomów. Miejscu, do którego na pewno powrócimy!

